Przed chwilą, gdy robiłem małe zakupy w “D’Agostino”, tu obok Uniwersytetu Nowego Jorku, pani przy kasie zapytała, czy chcę dodać do rachunku jakąś sumę na pomoc dla Haiti. To jedna z bardzo wielu, niezwykle pomysłowych i łatwych metod, jakie mają do dyspozycji Nowojorczycy – i pewno wszyscy Amerykanie, by natychmiast i bez żadnych formalności z bankiem, transferami itp., przyczynić się osobiście do akcji na rzecz Haiti. Przed chwilą widziałem w TV prezydentów Obamę, Busha i Clintona, zgodnie i solidarnie deklarujących amerykańską łączność z nieszczęsnymi sąsiadami. I zrobiło mi się trochę głupio i wstyd: nie tylko dlatego, że nie potrafiłem sobie wyobrazić, by obecny i dwaj poprzedni polscy prezydenci w jakiejkolwiek sprawie tak zgodzili się razem wystąpić, ale także dlatego, że usłyszałem, że polski MSZ zadeklarował 50 tysięcy dolarów pomocy. Mam nadzieję, że to jakieś przekłamanie, jakieś przejęzyczenie, pomyłka…

Kataklizmy takie, jak ten na Haiti, stawiają w dramatyczny sposób kwestię naszej ludzkiej solidarności i empatii wobec tych, których cierpienia nie możemy sobie często nawet wyobrazić. Jak daleko sięga nasz moralny – bo nie prawny – obowiązek przyczynienia się do ulżenia losu cierpiących, nie tylko w tych krótkich, tragicznych momentach trzęsienia ziemi, powodzi czy pożaru, ale także w tych czasach „normalnych”, gdy życie milionów na tej ziemi jest „normalnie” nieustającym pasmem cierpienia i konwulsyjnych prób przeżycia jeszcze jednego dnia?  Jak znaleźć zloty środek miedzy realizmem, który wzbrania się przed jakąś globalną redystrybucją w skali międzynarodowej, a moralną powinnością, która nakazuje przyjście bliźnim z pomocą, gdy nie stwarza to fundamentalnego zagrożenia dla nas samych?

Kataklizm haitański każe też postawić inne pytania, być może brzmiące niestosownie w tej właśnie chwili, ale jednak pytania, od których nie ma ucieczki. Jakie są kulturowe, polityczne, instytucjonalne – a więc nie „obiektywne”, a więc „zmienialne” – przesłanki strasznej nędzy, w jakiej znajdowało się Haiti w momencie kataklizmu – co przyczyniło się wydatnie (poprzez brak infrastruktury, marność konstrukcji domów, przeludnienie w slumsach itp.) do liczby ofiar? Wszak na tej samej wyspie znajduje się także Republika Dominikańska, mająca podobne warunki obiektywne, a jednak bez porównania zamożniejsza i bezpieczniejsza dla swych mieszkańców niż Haiti. Haiti było od wielu lat beneficjentem pomocy międzynarodowej, z której ludność specjalnie nie miała nic – a są kraje, które pomocy w ogóle nie dostawały (Chiny), a które ekonomicznie niezwykle się wspięły?

Byłem w Port-au-Prince jakieś 12-13 lat temu (napisałem zresztą stamtąd jakiś reportaż, który ukazał się w Rzepie). Było to niewątpliwie jedno z najbardziej wstrząsających miejsc, jakie widziałem w życiu – a oglądałem już i Soweto, i wioski birmańskie, i palestyński obóz Szatila w Bejrucie, i slumsy pod Manilą… Pewnego dnia odwiedziłem „Cite de Soleil” – jak na ironię pięknie nazwany niewyobrażalny slums, praktycznie bez kanalizacji i elektryczności, u podnóża góry, na szczycie której znajduje się bardziej elegancka dzielnicy stolicy (więc otrzymujący ścieki od haitańskiej arystokracji), „law-free zone” choć w odległości zaledwie kilku kilometrów od centrum i Pałacu Prezydenckiego, z miejscowym tłumaczem, który był bardziej przerażony ode mnie - pewno dlatego, że lepiej wiedział, co nam grozi.