Blog
Daleko blisko
Wojciech Sadurski
Wojciech Sadurski prawnik, publicysta, pracuje...
132 obserwujących 435 notek 1437515 odsłon
Wojciech Sadurski, 21 kwietnia 2007 r.

Trochę plotkarska opowieść o pewnej Damie (taka jak z Vivy lub T

Jako młoda panienka była podobno ostrą komunistką. Piszę „podobno”, bo jej wtedy nie znałem. Zresztą mówiono mi, że to nie było żadne zauroczenie ideologią, ale proste i całkowicie oportunistyczne popieranie władzy: stanu wojennego, WRON, Jaruzelskiego, wszystkiego, jak leci.

Po 1989, jak cała Polska, tak i ona zmieniła się nie do poznania. Niewątpliwie wpłynęło na to jej pierwsze małżeństwo (za komuny była związana z jakimś facetem, ale to nie było nic poważnego). Jej pierwszy mąż był dużo od niej starszy, miał piękną kartę opozycyjną z okresu stanu wojennego (choć wcześniej udzielał się był za komuny w prasie oficjalnej, ale po stronie pragmatyków i technokratów). To właśnie wtedy, w końcu 1989 ich oboje poznałem. Jej mąż był niesamowicie pracowity, miał wielkie serce, żywy umysł, i w ogóle był ogromnie życzliwy ludziom – stąd wielu do nich lgnęło. W ich salonie można było spotkać prawie wszystkich – poza skrajnościami z lewej i prawej.

Niestety, zmarł przedwcześnie – jak wszyscy ludzie z tej gliny zlepieni. Potem związała się z facetem bystrym i dobrze wykształconym, ale nie był to dobry związek: jej nowemu partnerowi głównie zależało na tym, by za dużo nie wydawać na dom. W ogóle miał charakter raczej księgowego, więc nikt się nie dziwił, że szybko się rozstali.

Trzeci mężczyzna jej życia (bo, powtarzam, tego z czasów komuny w ogóle nie liczę) był bliskim przyjacielem jej pierwszego męża i miał wiele Jego cech: świetny kompan, bardzo inteligentny, dobrze wykształcony (po archeologii śródziemnomorskiej na UW), też z ładną kartą ze stanu wojennego. Miał jedną „słabość”, w cudzysłowie rzecz jasna: był aż za życzliwy dla ludzi. Stąd też wpuścił do salonu mnóstwo swoich starych kumpli. Jedni byli lepsi, inni gorsi, a zdarzały się też typki spod ciemnej gwiazdy. Tak w każdym razie mówiono wtedy w Warszawie.

Nad jej dobrymi małżeństwami ciążyło jednak jakieś fatum: on też umarł bardzo, bardzo przedwcześnie, po długiej chorobie, w wyniku której ten fizycznie potężny mężczyzna zmienił się w chudziutkiego starca. Po Jego śmierci o Jej rękę ubiegało się wielu facetów, bo to nadal była bardzo dobra partia. Związała się z gościem sympatycznym i zdolnym, bardziej organizatorem niż myślicielem. Miał pecha: kiedyś w ich salonie pokazał drzwi pewnemu krewkiemu gościowi, który – zdaniem gospodarza – miał maniery awanturnika. Sprawa zrobiła się głośna, na mieście różnie o tym mówiono, w każdym razie niedługo później to małżeństwo rozpadło się, może właśnie dlatego.

Wzięła sobie potem za męża człowieka dużo od siebie młodszego – jest z nim do dziś – bardzo inteligentnego, dobrze wykształconego, ale zupełnie innego od jej poprzednich partnerów życiowych. Obecny mąż mojej Bohaterki jest człowiekiem bardzo surowych zasad, których sam przestrzega, ale też wymaga ich przestrzegania od innych. Wziął żonę w ryzy – żadnych tam wyjść z koleżankami, minimum alkoholu, o innych używkach nawet mowy nie ma. Mąż ma poglądy polityczne zbieżne z dzisiejszą władzą – do czego rzecz jasna ma pełne prawo – i na dodatek nie ukrywa, że religia jest dla niego rzeczą najważniejszą w życiu. Z listy stałych zaproszeń do salonu wyciął sporo nazwisk, a najczęściej u nich w domu teraz przesiadują młodzi ludzie o moralnych zasadach równie rygorystycznych jak jego wlasne. W każdym razie takie zasady głoszą, bo z realizacją jest – jak to w życiu – różnie. Na szczęście zaprasza też i ludzi spoza tego grona – czasem nawet tak odległych od jego własnych poglądów jak szef Krytyki Politycznej albo były redaktor Trybuny – ale nie da się ukryć, że dawna kakofonia, która panowała na ich salonie, należy raczej do przeszłości.

A teraz wyznanie osobiste: byłem kiedyś bardzo z tą Damą związany. Nie, żadne intymne związki, byłem raczej bliskim przyjacielem rodziny. Często do niej pisałem listy z różnych części świata (najbardziej lubiła, gdy piszę do niej z egzotycznych miejsc w Azji: z Kambodży, Birmy, Indonezji..), zawsze wpadałem do Jej Salonu gdy byłem w Warszawie. Ostatnio to trochę ustało, bo czuję, że chyba nie pasowałbym do tego Salonu, choć mówiąc uczciwie, Dama zaprasza mnie dość regularnie do złożenia wizyty (wiem, że za pełną aprobatą jej obecnego Męża) i nie wykluczam, że od czasu do czasu z tego zaproszenia skorzystam. Bo niektórych z regularnych bywalców Jej salonu znam i lubię, innych – znam i nie lubię, a innych jeszcze – w ogóle nie znam.

Mimo zupełnie nowego towarzystwa, które teraz na stałe przebywa w Jej salonie, nadal czuję do Niej sentyment. W końcu, to już tyle lat… I często myślę z troską, ale może bardziej z ciekawością o Jej przyszłości: czy już na zawsze zostanie taką bogobojną, poważną starszą Panią jaką jest obecnie, czy może jeszcze odkryje w sobie drugą (trzecią?) młodość i pójdzie odważnie w tango, czy też może – czego nie daj Bóg – zejdzie na psy? Ot, tak to sobie czasem myślę o mojej starej, dobrej „Rzeczpospolitej”.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Ostatnie notki

Ostatnie komentarze

  • @Autorka Droga i Szanowna Pani Przez stara sympatie zamieszczam komentarz, choc generalnie nie...
  • @Autor Wariactwo nt falszerstw ma charakter profilaktyczny. Nie chodzi o wybory samorzadowe, ale...
  • @Autor W Salonie24 juz nie pisze. Moj staly blog jest obecnie w portalu naTemat.pl. O sprawie...

Tagi

Tematy w dziale