Blog
Daleko blisko
Wojciech Sadurski
Wojciech Sadurski prawnik, publicysta, pracuje...
132 obserwujących 435 notek 1437515 odsłon
Wojciech Sadurski, 14 lipca 2007 r.

Wyznania Salonowca

Co robić? Okrągła liczba wpisów się zebrała, ale ładniej byłoby (a w każdym razie – na pewno godniej), gdybym sam tego nie zauważył, gdybym udawał, że w ogóle nie zwróciłem na to uwagi, że to dopiero jakiś Czytelnik mi pogratulował, a ja – zgodnie ze starannie podtrzymywanym wizerunkiem roztargnionego akademika – nie wiedziałbym zupełnie, o co chodzi. Z drugiej wszakże strony – wrodzona (a po części i nabyta) próżność nie pozwala mi zostawić sprawy na pastwę losu i ryzykować, że nikt tej mojej setki nie dostrzeże.

Jak z tego dylematu wybrnąć? Tak źle i tak niedobrze.

Wyjście kompromisowe znalazłem takie: zamiast Wielkiej Mowy Okolicznościowej, niech to będzie okazja do kilku całkiem osobistych refleksji na temat tego zdumiewającego miejsca, jakim jest Salon24 i zjawisko blogu bardziej generalnie. Jak alkoholik mówiący uparcie o swej przypadłości, tak i ja chcę wywnętrzyć się na temat mojego nowego nałogu, jakim jest właśnie blogowanie.

1.       Największa osobliwość blogu. O tym już kiedyś pisałem, ale nie przestaje to mnie fascynować: dziwaczne połączenie niezwykłej bezceremonialności z jednej strony z przeczuleniem i przewrażliwieniem z drugiej. Jedno i drugie jest z osobna zrozumiałe i można od biedy nauczyć się z tym żyć, ale połączenie obu tych właściwości w jednym miejscu stale wprawia mnie w zdumienie. A więc z jednej strony: pełen luz, ryzykowne żarty i aluzje, całkowita dezynwoltura i odlot, a z drugiej strony – wystarczy, że powie się o jeden żarcik za dużo, rzuci jedno niepotrzebne słówko, popełni jedną nadobowiązkową złośliwość – a już człowiek dostaje po palcach: jak śmiał, i co on w ogóle sobie myśli, i za kogo on się uważa. Muszę powiedzieć, że z tym osobliwym pomieszaniem hecy z Wersalem ciągle nie bardzo umiem sobie poradzić. (Zresztą i tak reakcji Czytelników nie da się przewidzieć. Niedawno zamieściłem żartobliwą niby-recenzję książkową, w której sponiewierałem Kraków a wywyższyłem Warszawę. Pewien Komentator z Poznania napisał solennie, że co prawda on rozumie ironię, ale takie generalizacje o miastach są jednak nie na miejscu…)

2.       Najważniejsza cnota, jakiej trzeba się w blogu nauczyć. Są dwie. Pierwsze to pokora. W “normalnej” prasie człowiek wysila się może bardziej, ale jak już ponawtyka te wszystkie figury retoryczne, te wszystkie demagogiczne wygibasy i te wszystkie “żelazne” argumenty, to może potem usiąść sobie z kieliszkiem wina i chichotać: ale im przyłożyłem! W blogu – nic z tych rzeczy. Tu człowiek wyda z siebie jakiś niesamowity koncept jak nie przymierzając kura jajo, a nie minie minuta, jak mu to wszystko zamienią w pył, zaś balon dobrego samopoczucia i satysfakcji, przekłuty przez czujnych komentatorów, zostaje żałosnym kawałkiem gumki. A druga najważniejsza cnota – nie brać się zbyt poważnie. Najgorzej tu mają ci, co nie mają do siebie dystansu. (Czasem mi się wydaje, że brak dystansu do siebie to jedyna słabość, jaką dobry Pan Bóg mnie nie pokarał. Ale kto wie?) 

3.       Najważniejsza nauczka. Niewątpliwie ta dotycząca anonimowości. Przyznaję: gdy tu przychodziłem, byłem zielony w sprawach internetowych i do blogu podszedłem z tradycyjnymi przyzwyczajeniami: anonimowość jest czymś “second best” – mniejszym złem, ale złem. Teraz widzę, że Internet wprowadził całkowite przewartościowania w naszych tradycyjnych koncepcjach dotyczących dyskursu publicznego. Filozofie wolności słowa ciągle tkwią w epoce Gutenberga, a my tu mamy coś zupełnie nowego – nie tylko nowa technologia komunikacji, ale i zupełnie inna architektura dyskursu: nie ma podziału na mówiących i słuchających, nie ma ograniczeń przestrzeni zadrukowanej, na której zmieścić mają się rozmaite myśli itp. I w tym wszystkim anonimowość też jest do przewartościowania. W każdym razie fakt, że gdy poruszyłem m.in. tę właśnie kwestię (która nota bene w moim wpisie miała być czymś zupełnie marginalnym) dostałem ponad 500 komentarzy, w dużej mierze bardzo gniewnych, dał mi wiele do myślenia… No i myślę nadal.

4.       Największa auto-kompromitacja. To oczywiście ten cholerny Cyceron, którego pomyliłem z Cezarem. Nie mam nic, ale to nic na swoje usprawiedliwienie: łaciny uczyłem się przez całe długie cztery lata w Liceum Batorego i tę okropną „Galia est omnis divisa in partes tres…” („okropną” – bo w końcu co to za złota myśl, że jakiś kraj jest podzielony na trzy części? Nasz jest podzielony na więcej, a się nie chwalimy) musiałem wkuwać na pamięć, nie wiadomo zresztą po co. Nie ma co się tłumaczyć, bo żadnych usprawiedliwień nie ma: można tylko wejść pod stół i odszczekać głupi błąd. Co też zrobiłem. (Aha, było jeszcze jedno kretyństwo; ta „logika nie-euklidesowa”, ale to niektórzy zdaje się potraktowali jako zamierzoną metaforę, więc przynajmniej częściowo mi się upiekło…)

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Ostatnie notki

Ostatnie komentarze

  • @Autorka Droga i Szanowna Pani Przez stara sympatie zamieszczam komentarz, choc generalnie nie...
  • @Autor Wariactwo nt falszerstw ma charakter profilaktyczny. Nie chodzi o wybory samorzadowe, ale...
  • @Autor W Salonie24 juz nie pisze. Moj staly blog jest obecnie w portalu naTemat.pl. O sprawie...

Tagi

Tematy w dziale